Kaszmir (21.10.2007 – 07.04.2018)
Nasłuchuję tupania pazurami. A stąpając w ciemności upewniam się, żeby nie nadepnąć na ogon. Przecież ogona nie trzeba przesuwać. Własny człowiek psi ogon ominie.
Rano nadal mówię „dzień dobry”. Do siebie, bo przecież nie słuchasz. Nie sprawdzasz czy się budzę. Czy można zaczepić? Czy wyciągnę rękę? Ale wyciągam, choć już Cię nie ma. Wiem, że już nie zdejmiesz jedzenia ze stołu, ale nadal patrzę, czy stoi dość daleko od krawędzi. I pod biurkiem kable przesuwam – żebyś się nie zaplątał. Choć już nie możesz.
„Coś się tu nie odbywa
jak powinno.
Ktoś tutaj był i był,
a potem nagle zniknął
i uporczywie go nie ma”
Szukam Twojego spojrzenia, choć widziałem to ostatnie.
Czekam, aż się przy mnie położysz, choć wiem że już nigdy.
Dotykałem Twojego suchego nosa. Nie będzie mokry.
Szukałem ciepła oddechu. Ale pamiętam koniec. Zimny stół już nie wilgotniał.
Czy byłeś jeszcze z nami? Czy czułeś, że chcemy Cię zatrzymać?
A może pożegnałeś się wcześniej? Zaczepiałeś nas wieczorem. Wyciągnąłeś na spacer w środku nocy. Taki zwyczajny, bliski, bo dalej nie miałeś już siły. Ale nie musiał być daleki. Poszliśmy razem. Prowadziłeś. Mówiłeś, kiedy potrzebujesz pomocy. Wiedziałeś, że to już ostatni raz? Czy po prostu chciałeś akurat wtedy być ze swoim człowiekiem? Wiem, że spacer Cię nie interesował. Nie węszyłeś, nie szukałeś, nie chodziło o toaletę. Szedłeś przed siebie, zawracałeś i patrzyłeś tak, jak zawsze, kiedy wracasz. Albo tak, żeby do Ciebie podejść i pójść gdzieś dalej. Chodziliśmy długo, choć niedaleko. Wystarczyło kilka kroków. Potem spojrzenie. Otarcie się o nogi. Czasem oparcie o nie – Twoje odmawiały już posłuszeństwa. Potem jeszcze smakołyki, które czekały w domu. I sen. Ostatni. Najdłuższy. Trzy godziny później został już tylko oddech. I serce. Walczyło najdłużej. Dzielne jak zawsze.
Jak wtedy, gdy pojechałeś pod żagle. W nowym otoczeniu, na śliskim i chwiejnym pokładzie. Miałeś zaufanie do swojego człowieka, do swoich ludzi, do swoich przyjaciół. Towarzyszyłeś nam. Byłeś odważny, byłeś radosny. Byłeś z nami.
Może dlatego Twoje serce walczyło? Może jakoś czułeś nas w tych chwilach? Dłonie w Twoim futrze, wystraszone głosy nad uchem, nasz zapach i nasz strach. Nieśliśmy Cię we dwójkę do samochodu. Twoi ludzie. Twoje „człowieki”. Zawsze się zastanawiałem, czy rozumiesz, że więcej niż jeden człowiek to ludzie. Pewnie rozumiałeś. Zdawałeś się wszystko rozumieć. Każdą troskę i zmartwienie. I każdy uśmiech. Każde uczucie. Byłeś przyjacielem moich przyjaciół. Umiałeś pokochać, kiedy ja pokochałem. I umiałeś się mną dzielić. A może powinienem napisać, że umiałeś się dzielić. Kropka. Swoim ciepłem. Radością. Życiowym szczęściem. Spokojem. Zapałem. Cierpliwością.
Dziś już Cię nie ma. Zabrała Cię choroba albo zatrucie – coś nieznanego i niezrozumiałego. To, co się stało, było bezlitośnie szybkie. A przecież niedawno biegałeś z Asią i chodziłeś z nami na pierwsze wiosenne spacery. A teraz musimy chodzić sami. Nikt nam nie pokaże drogi, nie wybiegnie do przodu, nie zatrzyma kładąc się naprzeciw innego psa. A smycz leży, tam gdzie zwykle leżała. Szelki jeszcze pamiętają Twój zapach. Ale już ich nie założysz.
Byłeś dla mnie dobry do samego końca. Do ostatniego uderzenia Twojego wielkiego serca. Kiedy moje się łamało przy pytaniu czy chcę skrócić Twoje cierpienie. Nie chciałem, żebyś cierpiał. Ale myśl o tym, że to ja zakończyłem Twoje życie byłaby ze mną zawsze. Racjonalna, ale dręcząca. Nie pozwoliłeś mi o tym myśleć. Uprzedziłeś nas. Dziękuję i za to. Byłeś do końca wyrozumiały.
Tak Cię zapamiętamy. Byłeś wspaniały i bez Ciebie ostatnie dziesięć lat wyglądałoby zupełnie inaczej.
Dziś zabrał Cię wiatr, który tak chętnie wąchałeś. Zabrała woda. Nie ma Cię już nigdzie, ale jesteś wszędzie.
„Przyniosłeś nam radość. I kochaliśmy Cię szczerze.”
Pożyczyłem fragment wiersza Wisławy Szymborskiej i cytat ze scenariusza Kurta Luedtke.
