Hamer był moim pierwszym przyjacielem, w który zakochałem się po uszy i mam nadzieję że z wzajemnością.
Dzięki pomocy pani Kasi, z hodowli w której zakupiłem Hamcia, oraz mojej Basi, uczyłem się podstaw opieki i wychowania Hamerka. Szczepienia, badania, kurs posłuszeństwa, żywienie, akcesoria itd, itp. To wszystko było pierwsze i nowe w moim życiu.
Dla niego też. Bawiliśmy się świetnie i wzajemnie poznawali. Nauczyłem się rozumieć jego potrzeb a nawet humorów co było doskonałe bo odkryłem że tak naprawdę specjalnie się nie różnimy, Hamer stał się mi totalnie bliski, był najważniejszy. Gdy nie byliśmy razem ze względu na moja pracę i rożne inne obowiązki, myślałem o nim i nie mogłem się doczekać aby być z nim, pogłaskać, przytulić, poczuć jego wspaniały zapach. Mieliśmy w miarę szczegółowy plan dnia – mniej więcej co cztery godziny byłem w domu i wreszcie wspólny spacer, czesanie, zabawa. Spacery z Hamerkiem były też momentem do oderwania się od szaleństwa i pogoni życia, spojrzeniem na otoczenie z innej perspektywy -wszystko może wyglądać inaczej i nie jest zero jedynkowe. Ale przyszedł też czas na dolegliwości Hanera – przeżywałem je z takim samym bólem i troską jak nasze ludzkie kłopoty. Więcej jednak było radości, wypadów w Bieszczady do naszego domku, pierwsze kontakty Hamerka z wodą, za którą nie przepadał – wchodził tylko do momentu gdy woda dotarła do jego brzuszka wycofywał się , za to uwielbiał wielogodzinne wędrówki po lasach, spoglądanie na świat z góry i w oddali. Uwielbiał też śnieg, bieganie i tarzanie się. Zaprzyjaźnił się z naszym kotkiem Burusią, która nauczyła go respektu do siebie głaskając go swym pazurkiem po nosku od tego czasu byli kumplami bez mani wyższości. Hamer dał mi maksymalną dawkę miłości, wystarczyło że spojrzał na mnie, zamerdał ogonem, przytulił się, czasem pomarudził i pomruczał i to wystarczyło , oboje wówczas wiedzieliśmy że jest nam fajnie i ze jesteśmy szczęśliwi.
Hamer miał dziewięć lat, bez trzech miesięcy, gdy odszedł. Chodził z trudem, kiwał się, wywracał, co raz częściej nie mógł samodzielnie wstać na nogi. Długie leczenie nie przynosiło radykalnej zmiany jedynie coraz bardziej płonną nadzieję że będzie lepiej. Nie było. Chciałem żeby był, po prostu był, ale to było moje małe ja a on cierpiał samym faktem swego uzależnienia od mojego podnoszenia go i znoszenia ze schodów. Miał świadomość że nie jest dobrze, był smutny, ja bezradny i oszalały przeczuwając najgorsze. I stał się . Wszyscy pocieszają mnie że była to słuszna decyzja bo nie przedłużała jego cierpienia. Nie mogę sobie jednak tego wybaczyć, żałuje każdej chili w której mogłem nieraz być z Hamerem a przedkładałem swoje potrzeby nad kontakt z moim najlepszym przyjacielem, przyjacielem który przez swoje całe życie nie wypowiedział ani jednego słowa a mówił tak wiele. Hamerku wybacz mi że czasem cię zawiodłem ale jestem tylko małym człowiekiem zabłąkanym w swych pragnieniach i marzeniach. Bardzo Cię kochałem i zawsze będziesz ze mną i przenigdy Cię nie zapomnę . Tak trudno bez Ciebie, wszystko straciło kolory, stało się nie istotne i brudne i beznadziejne. Muszę żyć z tym bólem a cokolwiek się zdarzy nie wróci tego co było . Żegnaj mój przyjacielu, żegnaj HAMERKU. Andrzej
