Zula była psem wspaniałym. Wczesne dzieciństwo spędziła w sochaczewskim schronisku, widziała, jak kolejne z jej braci i sióstr umierają. Ona jedna przeżyła – była ozdrowieńcem po parwowirozie. W późniejszych latach korzystaliśmy z tego daru, ratując inne chore psy – przetaczaliśmy im ozdrowieńczą krew Zuli. Zula bohatersko dawała się kłuć weterynarzom, choć po przeżyciach schroniskowych stała się psem lękliwym.
Lubiła ludzi, dzieci, tolerowała w swoim domu inne zwierzęta, które tymczasowo u nas przebywały czekając na prawdziwy, docelowy dom.
Uwielbiała ganiać za piłką, była bardzo szybka, a nawet aportowała! Te zabawy sprawiały jej największą radość.
Zula żeglowała, pływała na kajaku, chodziła po górach, spała pod namiotem. A zasłużoną emeryturę spędziła na wsi u moich rodziców, na pięknej działce blisko lasu. Odeszła dzień po śmierci mojego taty. Brakowało jej 3 miesięcy do 15 lat, wieku sędziwego dla tak dużych psów.
Będę tęsknić.
