ROCKY – pamiętam
9.05.2013 – 22.09.2025
-
Pamiętam czarną, ruchliwą kuleczkę z czerwoną kokardką na szyi, która podbiega do mnie bez wahania, zaczynając szarpać mój palec ostrymi jak żyletki ząbkami. To Ty mnie wybierasz, a nie ja Ciebie.
-
Pamiętam Twoje ciche skamlenie podczas pierwszej nocy. I jak leżę na kaflach w kuchni obok posłania i głaszczę Cię delikatnie opowiadając Ci psie bajki. Zasypiamy tak razem.
-
Pamiętam Twoje przerażone oczy, gdy siedzisz uwięziony na otoczonym wodą posłaniu, a z przegryzionego wężyka dostarczającego wodę do lodówki wielki strumień leje się na podłogę w kuchni. Skutki powodzi usuwam do rana.
-
Pamiętam te Twoje nieproporcjonalnie długie łapy, wielkie jak radary uszy i brązowe oczy, w których zawsze tańczy iskierka gotowości do jakiejś nowej psoty.
-
Pamiętam jak psi trener A. mówi mi „Wyrośnie z tego. Przestanie ciągnąć jak skończy 2 lata.” Ty tak naprawdę nigdy nie dorośniesz. Po prostu posiwiejesz i postarzejesz się z tą samą szaloną psią duszą w środku.
-
Pamiętam Twoją absolutną, niepohamowaną radość z pierwszego śniegu. To łapanie spadających płatków w locie, tarzanie się w bieli. Tak już będzie każdej zimy – dla Ciebie pierwszy śnieg zawsze będzie pierwszy. Aż do końca.
-
Pamiętam tę królewską pogardę, z jaką odwracasz łeb, gdy usiłuję Cię namówić na marchewkę lub jabłko.
-
Pamiętam jak z chaosu domowych dźwięków potrafisz wyłowić ten jeden święty szelest – odgłos otwieranego opakowania z żółtym serem. Oznacza on niemą, ale wykonywaną bezbłędnie komendę: „staw się przy lodówce”.
-
Pamiętam, że zapachy stają się Twoją największą pasją, Twoim prywatnym psim Netflixem. Czytasz z nich obrazy i historie innych psów. Nad niektórymi „zawisasz” na długie minuty, testując cierpliwość osoby na drugim końcu smyczy.
-
Pamiętam, że kochasz wodę – każdą kałużę musisz przebiec trzy razy, ale najlepsza zabawa to na spacerze zmylić moją uwagę i wskoczyć do rowu z zastałą, zieloną wodą. Płukanie i wycieranie Cię w domu słabo pomaga – jeszcze dzień, dwa bije od Ciebie wyraźny zapach szuwaru.
-
Pamiętam nasze wspólne oglądanie meczów Barcy – obaj komfortowo mościmy się na białej, skórzanej kanapie w salonie. Te mecze są wyjątkiem od zasady: „zero psa na kanapie”. Ty to doskonale wiesz i – gdy tylko włączam telewizor – czekasz, merdając ogonem – jakbyś miał terminarz La Liga w głowie.
-
Pamiętam jak przez sen biegniesz i warczysz. Kładę dłoń na Twoim boku i czuję wibracje Twoich psich snów, aż w końcu mój dotyk Cię uspokaja.
-
Pamiętam jak rozwiązujesz psią zabawkę-łamigłówkę bijąc rekord świata w znalezieniu kawałków żółtego sera w jej wszystkich zakamarkach.
-
Pamiętam jak leżysz pod stołem podczas rodzinnych posiłków do czasu aż ja odłożę sztućce. Wtedy wyrastasz jak spod ziemi obok mnie, zwarty i gotowy na najważniejszy punkt Twojego dnia – na nasz spacer.
-
Pamiętam Twój gorący nos przy moim policzku i Twój głęboki kaszel, gdy weterynarz próbuje mnie uspokoić słowami: „Panie Piotrze, psy nie chorują na Covid”. Ale my obaj wiemy swoje – dwa dni leżałeś pod moim łóżkiem, gdy cierpiałem w covidovej malignie. Mnie puściło jak ręką odjął, a Ty zachorowałeś…
-
Pamiętam jak siedzimy przy ognisku pod niebem tak gęstym od gwiazd, że aż zapiera dech. Opowiadam Ci o Wielkim Wozie szeptem, a Ty słuchasz z łbem w moich dłoniach, jakbyś rozumiał każdą tajemnicę wszechświata.
-
Pamiętam Twoje przerażenie, gdy przytrzaskuje Cię brama wjazdowa i nie możesz uwolnić łba. Zaczynasz się dusić, charczeć, M. krzyczy przeraźliwie, ja wybiegam z domu jak oparzony i – korzystając z jakiejś supermocy Puziana – odchylam ciężką, stalową bramę i uwalniam Cię.
-
Pamiętam jak z dnia na dzień przestajesz biegać, nawet gdy na horyzoncie pojawi się kot. Wyraźnie więcej odpoczywasz. Zaczynasz lekko kuleć na tylne łapy.
-
Pamiętam Cię na rehabilitacji w ciemnych pływackich okularach. Laser to jest Twoje ulubione zajęcie. Bieżnia wodna – mimo Twojej oczywistej miłości do wszelakiej wody – to prawdziwa kara. Twoja zrezygnowana postawa bawi nawet terapeutę.
-
Pamiętam to ostatnie lato bez planów, bez wyjazdów. Po prostu my. W domu, w ogródku na wsi. Najpiękniejsze lato…
-
Pamiętam jak tej ostatniej, wrześniowej nocy leżę na karimacie obok Twojego posłania. Głaszczę Cię, coś Ci opowiadam i przytulam mocno, gdy wstrząsają Tobą spazmy bólu. Przypomina mi się ta nasza pierwsza noc, gdy też potrzebowałeś mojej bliskości, żeby zasnąć.
Epilog
Rankiem 1 października mijam kalendarz ścienny – to świąteczny prezent od dziewczyn. Na każdy miesiąc mam inne Twoje zdjęcie. Patrzę na wrześniowe zdjęcie z rozczuleniem: mój piesek z siwą mordą leży w swoim kojo i jakoś tak nostalgicznie patrzy w dal. Przewracam kartkę w kalendarzu i uśmiecham się mimowolnie: na październikowym zdjęciu jesteś znów młody, wesoły i gotów do biegu. I wiem, że nie odszedłeś. Po prostu – jak zawsze – biegniesz przodem…
Piotr Kaczmarek
