Ares 2010 – 25.04.2022

Ten śnieżnobiały czworonożny kolega ze zdjęcia to członek naszej rodziny, na imię mu Ares. Na zawsze pozostanie on w naszej pamięci i sercach. Poznaliśmy się 12 lat temu (rok 2010), był wtedy kilkumiesięcznym szczeniakiem. Naszą uwagę przykuł jego brzuszek, który był większy od jego głowy. Zastanawialiśmy się, co mu się przytrafiło, gdyż jego brat był od niego sporo większy. Był bardzo nieśmiały i nieufny. W końcu, gdy po kilku próbach się do nas przekonał, zaczęliśmy masować go po brzuszku. Tak mu się to spodobało, że jak tylko przestawaliśmy, szturchał nas po rękach i nogach, abyśmy nie przestawali. Najbardziej mu się podobało, gdy zajmowała się nim więcej niż jedna osoba.

Nie potrafiliśmy patrzeć na jego cierpienie (ja, będąc wtedy 13-letnim chłopcem, nie mogłem wiele zrobić), byliśmy wtedy u babci na wsi. Rodzice zapytali babcię i dziadka o weterynarza w okolicy, który okazał się być „domorosłym lekarzem” i nie pomógł mu. Jedyną rzeczą, którą zaproponował, mogliście się domyślić. Szczęśliwą karetką dla niego okazał się być kamper, którego rodzice kupili 2-3 lata przed tą wyprawą. Po uzyskaniu zgody właściciela zabraliśmy Aresa do naszego domu, oddalonego o ponad 400 km. Bardzo baliśmy się o niego, przez całą podróż praktycznie nic nie jadł.

Po powrocie, dnia następnego, Ares miał swoją pierwszą wizytę u prawdziwego lekarza zwierząt. Lekarz pierwszy raz na oczy widział coś takiego w swojej wieloletniej karierze. Jego chorobą okazał się rak jelita. Prawdziwej przyczyny nigdy nie poznamy, ale domyślamy się, że prawdopodobnie podał ktoś Aresowi kość lub małą kosteczkę, a szczenięta nie mogą ich jeść, bo je połykają. Lekarz podjął się wyzwania i ocalił mu życie. Jesteśmy bardzo wdzięczni Panu Doktorowi, dał mu Pan 12 cudownych lat życia.

Po operacji Ares musiał chodzić w zabawnym kołnierzu ochronnym, aby nie lizać rany pooperacyjnej, co strasznie mu przeszkadzało, i wiele razy bezskutecznie próbował to zdjąć. I tak czas zaczął upływać, lata mijały, wspomnienia się tworzyły, takie jak: zagadka zaginionej kanapki ze stołu, ganianie po dużym ogródku, wspólne spacery, zabawa w śniegu (Ares strasznie go uwielbiał). Bardzo lubił też wyprawy kamperem, gdy pakowaliśmy się, zawsze się ekscytował i dawał nam znać, żebyśmy o nim przypadkiem nie zapomnieli. Łącznie przewędrował z nami kilkadziesiąt, jak nie kilkaset, tysięcy kilometrów.

Przez chorobę z dzieciństwa Ares miał bardzo osłabione tylne łapy w porównaniu do przednich, co na starość bardzo dawało mu się we znaki. Każdy ruch sprawiał mu ból, na sam widok serce się krajało, tak jak w dniu, kiedy pierwszy raz go spotkaliśmy. Bardzo chcę podziękować weterynarzom, którzy przyjęli go w ostatnich dniach jego życia, oraz obsłudze Animal Parku za profesjonalne podejście.

Jola, Marcin, Waldek